WRAŻENIA – „Teoria wszystkiego”

coming-soon-the-zero-theorem

„Za dwa, trzy dni, gdy ogarniemy o co chodziło, to albo się okaże, że to było zajebiste, albo beznadziejne” – takie zdanie wyrwane z rozmowy trzech koleżanek usłyszałem po seansie „Teorii wszystkiego”. Po wyjściu z sali sam miałem taką nadzieję. Nie potrafię rzetelnie ocenić filmu zaraz po napisach końcowych, muszę mieć czas na przemyślenie. W połowie nowego filmu Gilliama czułem, że będę potrzebował go sporo.

Qohen Leth to genialny trybik w ogromnej korporacji, gdzie zadaniem pracowników jest bliżej nieokreślone obliczanie algorytmów, tworzenie wzorów, a następnie przelewanie swojej inteligencji do próbówek. Pracują ramię w ramię, przedzieleni przezroczystą ścianką, ale też barierą mniej widoczną, bo stworzoną przez nich samych. Świat w „Teorii wszystkiego” to surrealistyczna przyszłość, gdzie prywatność nie istnieje, reklamy uliczne podążają za przechodniami, którzy wpatrują się maniakalnie w swoje tablety. Albo żebrzą. Brudne, ciemne ulice rozświetlają pastelowe neony reklamującego się Kościoła Batmana czy bilbordy z reklamami kostiumu, który pozwala zapomnieć o bożym, niebożym świecie i przenieść się w komputerowy azyl.

Qohen, zaszyty w starym kościele przerobionym na mieszkanie, ma za zadanie udowodnić Teorię Zero. Nad wszystkim czuwa wszędobylskie oko Matta Damona w postaci tajemniczego Zarządcy. Myśli Qohen Letha (przeczytaj jako jedno słowo…)  krążą jednak wokół telefonu, na który wyczekuje każdego dnia. Tajemniczy rozmówca ma wyjawić bohaterowi sens. Sens życia, sens wszystkiego, dać mu inspirację do trwania na tym szalonym świecie. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej (!) gdy spokój geniusza mąci piękna kobieta i bystry chłopak – syn Zarządcy.

Gilliam stworzył świat, który na pierwszy rzut oka niesamowicie intryguje. Obserwujemy wnętrze kaplicy, ulice, ludzi i ich fryzury i wszystko jest dla nas nowe. Reżyser bombarduje nas elementami z czapy, które ostrzą apetyt na szaloną historię w neonowym uniwersum. Dostajemy jednak wiele puzzli, z których moglibyśmy ułożyć nowe historię, a musimy wciskać je na siłę do napoczętego obrazka. W dodatku w głowie mamy mętlik potencjalnych interpretacji, które krążą wokół religii, filozofii i kamery wetkniętej w kark ukrzyżowanego Jezusa.

Christoph Waltz jako samotnik-geniusz jest wiarygodny. Miota się po zagraconych, sakralnych wnętrzach i raz po raz podnosi słuchawkę, ale ja próbuję raczej skupić się na detalach, które przecież mogą coś znaczyć. To jednak bajzel trochę inny niż w „Tylko kochankowie przeżyją” i nie ma co doszukiwać się sensu w tytułach książek. Z przyjemnością jednak obserwuje się Waltza i innych bohaterów, z naciskiem na wirtualną Tildę Swinton.

„Teoria wszystkiego” intryguje zagraconym światem z plątaniną kabli. Ciężko mi jednak pozbyć się wrażenia, że Gilliam zmarnotrawił wiele wątków, które nie zdążyły się nawet rozhulać. Wirtualny chaos realnie mąci w głowie, pytanie tylko czy nie na darmo. Skończyło się niedosytem, ale z uśmiechem na ustach. Takie miłe niewiadomoco.

Ale póki co czekam i myślę. Dwa – trzy dni jeszcze nie minęły.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “WRAŻENIA – „Teoria wszystkiego”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s