Calvary – bądź moim męczennikiem [PKO OFF CAMERA]

Pewien polityk powiedział kiedyś, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Gdybym był kobietą, to z reżyserem „Calvary” nie umówiłbym się na drugą randkę.

Co z tego, że intryguje, że całkiem atrakcyjny i robi świetne pierwsze wrażenie. Na koniec rozczarowuje i zmusza, by o nim zapomnieć, ba!, rozgadać dookoła, jaki to on nie jest! Ale zapomnieć trudno, bo w trakcie nie był taki zły.

screen-shot-2014-08-02-at-8-38-23-pm

„Calvary” na świecie miał premierę w styczniu ubiegłego roku, a do Polski trafił dopiero teraz, przy okazji Off Camery, gdzie znalazł się w sekcji „Odkrycia”. Dramat zmieszany z odrobiną kryminał opowiada historię poczciwego księdza urzędującego w małym irlandzkim miasteczku. Wszyscy się tu znają, spotykają w jedynym pubie w okolicy i próbują zmagać się z ziemskim życiem. Każdy ma swoje demony, problemy, które ciężko rozwiązać wyłącznie spacerami po zielonych okolicach doliny. Ksiądz James jawi się w społeczności jako lokalny psycholog, uduchowiony agent do zadań specjalnych. Mieszkańcom trudno jednak zaufać przedstawicielowi kościoła, który jako instytucja przez lata efektywnie tracił w oczach społeczeństwa. Jednym z rozgoryczonych jest klęczący w konfesjonale wierny, który zdradza spowiednikowi, że za tydzień będzie martwy. James ma siedem dni na uporządkowanie swoich spraw i niejako walkę o swoje życie.
calvary

Gleeson jako duchowny jest monumentalny, mógłby stanowić archetyp dobrego Ojca, inteligentnego księdza, ludzkiego i twardo stąpającego po ziemi. Musi zmierzyć się z ludzkim cynizmem, często chamstwem, ale nie potępia, rozumie i stawia się niemal na równi z mieszkańcami. Niemal, bo od świata odgradza go sztywna, czarna sutanna – jej zrzucenie wiąże się ze zmianą, której James nie chce, a jednocześnie jest zbyt słaby, by jej uniknąć. Konfrontacje z mieszkańcami stają się okazją do przeglądu społecznych postaw i relacji na linii Kościół – wierni. Mimo gorzkiej analizy społeczeństwa nie brakuje tu humoru pozwalającego na przewietrzenie kinowej sali od czasu do czasu. Dodając do tego Brendana Gleesona wyciskającego ze swojej roli ile się da, znakomite zdjęcia i monumentalną, ale nie przesadzoną muzykę, otrzymujemy sprawnie opowiedzianą historię o ludzkich postawach skonfrontowanych z religią.

Do czasu.

Pierwsza scena jest jak najlepsza przystawka zaostrzająca apetyt na cały film. Kilka minut częściowo oświetlonej twarzy Brendana Gleesona na ekranie i zapowiadające morderstwo szepty tworzą duszny klimat i zapowiadają cudowną intrygę, do której aż ma się ochotę przyklasnąć i rozsiąść wygodnie w fotelu. Niestety,7594694.3 McDonagh kończy opowieść tak kiczowato i tak sztampowo, że pozostaje się jedynie porządnie wkurwić. Wolałbym, by po półtorej godziny padł prąd albo włączył się alarm przeciwpożarowy, bo ktoś akurat postanowił spalić stare taśmy filmowe za ekranem (pozdro dla kumatych).

Nic takiego się nie wydarzyło, a film dobrnął do końca racząc nas tanim morałem rodem z filmów animowanych oglądanych na lekcjach religii w podstawówce. Jestem autentycznie zły na ten film. Zwłaszcza, że historię Jamesa oglądało się z przyjemnością.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s