„Bridgend” – suicide squad [PKO OFF CAMERA]

Małe, senne miasteczko w południowej Walii. Szare, jakby ciągle zamglone.  Na uboczu – zarośnięte tory kolejowe wpuszczone w las. Dalej ścieżka, staw, dookoła drzewa. Z jednego zwisa ciało młodego chłopaka. Od odcięcia ostatniego wisielca minęło ledwie kilka dni. 
Witajcie w Bridgend.

Film Jeppe Rønde’ego powstał w oparciu o autentyczną i makabryczną historię miasta, w którym od roku 2007 do 2012 zanotowano ponad osiemdziesiąt samobójstw. Życie odbierali sobie głównie ludzie młodzi, bez pożegnania i pozostawienia jakiegokolwiek tropu. Mroczne miasto samobójców zostało już wcześniej przeniesione na ekran za sprawą dokumentu Johna Michaela Williamsa z 2013 roku. Na fundamentach walijskiej historii Rønde zbudował natomiast fabułę, w której nie szuka odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”, ale grubymi krechami kreśli klimat i mieszkańców Bridgend. Interpretację pozostawia widzowi.

Film opowiada historię Sary (Hannah Murray), która powraca do miasteczka z ojcem, policjantem, który ma pomóc w rozwiązaniu zagadki samobójstwa jednego z licealistów. „Nowa dziewczyna w mieście” szybko znajduje swoje miejsce w zepsutym towarzystwie, które porównać możemy do ekipy brytyjskiego serialu Skins. Ich aktywność sprowadza się do ostrych imprez, nagich kąpieli w leśnym stawie i innych aktywności, które społecznie uważane są za niegrzeczne. Wbrew ojcu Sara zostaje wcielona do grupy, która może mieć zgubny wpływ na dziewczynę – co kilka dni giną kolejne osoby, a na tajemniczym czacie pojawia się pytanie „kto następny?”.

BRIDGEND_Stills_TIFF-16bit_0077758

Bridgend przytłacza klimatem, a jednocześnie zachwyca znakomitymi zdjęciami nasiąkniętymi brudem i paranoją. Dostajemy pięknie obudowaną tajemnicę, intrygującą i zarazem przerażającą. Kolejne sceny rodzą pytania, na które ciężko otrzymać odpowiedź. Reżyser nie tłumaczy, nie sprzedaje morałów, a podsuwa rozwiązania i kreśli międzyludzkie relacje do własnej analizy. Co popycha młodych do samobójstwa? Czy to sekta, kult śmierci? Dlaczego pragną odejść? A może to nie oni decydują o swojej śmierci?

Bridgend_PresseStill_0000795

W pełnometrażowym debiucie Rønde’ego nie sposób nie zauważyć dokumentalnych naleciałości wynikających z doświadczenia reżysera. Bridgend wychodzi to na dobre – dodaje naturalistycznego klimatu i każe zagłębić się w historię. Ta jednak w pewnym momencie, niestety, męczy i traci na atrakcyjności. Brodzenie w melodramatycznym bagnie dobiegnie jednak końca, a finał pozwoli zapomnieć o wcześniejszych niedociągnięciach.

Bridgend to kawał młodego, świeżego mięska, za którym stoi intrygująca historia, a opakowane zostało w piękne, smutne pudełeczko. I ja to kupuję.

Bridgend_web_8

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s