Bezdyskusyjny Klub Filmowy: „Hiroszima, moja miłość”

Są takie dni, kiedy niemal całkowicie ginie w człowieku wiara w sens nie tyle własnej egzystencji, co istnienia całego świata. W takich chwilach namiętnie szuka się materialnego, żywego i czytelnego przykładu, że jednak jest zupełnie inaczej. Jeśli macie takie poczucie, jeśli świat wydaje wam się produkcją na trzy albo cztery gwiazdki – nie oglądajcie tego filmu.

„Hiroszima, moja miłość” – z tytułu i pozoru (no, miłość w tytule) daje nadzieję, że sens życia wróci do nas i będzie się nas trzymał przez półtora godziny seansu. Że motylki, że aniołki. Nie!

tumblr_lfud8x59iJ1qa1xnko1_500

Na domówce u Dantego

„Hiroszima…”, choć zaczyna się onirycznie, wypchana jest słodko mruczanymi słowami, wszystko podaje w czerni i bieli, tak naprawdę jest opowieścią o śmierci (no, Hiroszima w tytule).

Cokolwiek rozumiecie przez śmierć i cokolwiek jest w stanie umrzeć – z perspektywy tego filmu umiera.

Początkowa długa scena, wypełniona – jak już wspomniałem – tysiącem słów, wizualnie uderza w nas pierwszą częścią tytułu. Zdjęcia z poszarpanej, podziurawionej i skrwawionej Hiroszimy wyrzucają nagle z orbity słodyczy i piękna w sam środek piekła.

hiroszima_moja_milosc_005

Miasto, które dekadę po tragedii, zdaje się wyglądać normalnie, wewnątrz chowa stare rany, wspominając martwe dzieci i niespełnione marzenia. Hiroszimą staje się również główna bohaterka, Ona, która powierzchownie nie wydaje się być miastem, które widziało wiele zła, ale wewnątrz ledwo utrzymuje ból w ukryciu. Powolne odkrywanie części swego życia, które powiązało się na stałe z dramatem II wojny światowej, łączy się z powolnym odkrywaniem Hiroszimy, której ówczesna i współczesna twarz to maska nowych budynków i pięknie ukwieconych cmentarzy.

Wszystko, co złe

stacjakultura_1267640746Zdająca się być wolną od jakichkolwiek tęsknot Ona, nagle popada w chorobę wspomnień – zaczyna jej się wydawać, że to, co było – mimo że na stałe powiązane ze smutkiem – jest jedynym dobrem jej życia. Obraz wspomnień, które nagle chcą stać się rzeczywistością, urzeka bólem. Spokojne, acz przerywane hukiem bomb sceny, przenikają do głębi, budząc wszystko, co złe.

To nie jest film o miłości. Raczej o tym, że jej nie ma. Istnieje tylko impresja, chwilowy zachwyt, który w ciągu dnia potrafi odkryć swoją prawdziwą twarz przepełnioną nadzieją, że to, co było – było dobre. I wciągnięci w taki wir, główni bohaterowie, rozpoczynają budowę Uroborosa, który żywiąc się teraźniejszością, wciąż zrzuca ich w przeszłość.tumblr_n1m195V1yZ1rboeoso2_r1_500

Co z nagród? Oscar za materiały do scenariusza, FIPRESCI i konkurs główny w Cannes oraz dwie nominacje do BAFTA. Całkiem ładnie, szczególnie, że film nie należy do grona „oscarowych klasyków”. Jest cichy, powolny i obudowany mistycyzmem niedawnej wojny.

Reżyser to postać potężna! Alain Resnais: Złoty Lew i dwie inne nagrody w Wenecji, trzy Srebrne Niedźwiedzie, pięć nagród i siedem nominacji w Cannes. Warto wspomnieć go jeszcze, np. oglądając „Zeszłego roku w Marienbadzie”.

Bierzcie i oglądajcie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s