#Venezia73 Bad, Bad, Bad Batch

Bardzo nie lubię tego uczucia.
Na przykład wtedy, gdy w lodziarni widzisz gelato o smaku kinder pigui, napalasz się, a okazują się śmietanką z posmakiem polewy czekoladowej z torebki. Takiej, co się w gorącej wodzie roztapia, jak się jest leniwym, a trzeba na placek. Albo gdy co rano kupujesz tę samą bagietkę z mozarellą, bo przecież pyszna, a razu jednego sucha się trafia, wczorajsza jakaś. Proszę wybaczyć, że nawiązania czysto spożywcze, no ale co ja zrobię, wiecie jak jest.

I to niemiłe uczucie, rozczarowanie lekkie, towarzyszyło mi w nocy, gdy wreszcie mogłem obejrzeć „Bad Batch”. Nie chciałem zaczynać tej historii w ten sposób, ale tak wyszło, że po pani Amirpour spodziewałem się bardzo wiele. Musicie wziąć więc poprawkę na to, że Bad Batch oglądałem jako jeden z pewnie pięciu największych fanów Amirpour kiedykolwiek. Nie chodzi mi tutaj akurat o obwód w pasie, a to, że „Dziewczyną…” kupiła mnie całkowicie: gdybym miał nakręcić kiedyś film, to życzyłbym sobie, by miał klimat jak ta, co wracała nocą sama do domu.

the-bad-batch-620x260
Suki Waterhouse

W „Bad Batch”, który walczy w konkursie głównym 73. Biennale w Wenecji, wampiry zastąpili napakowani kanibale szwędający się po wysuszonym pustkowiu gdzieś przy granicy z Teksasem. Tam też zostaje podrzucona dziewczyna w arbuzowych szortach, atrakcyjna blondynka, taka, co to się niczego nie boi. Za uchem ma numer seryjny, a pod pachą longboarda. Trzy minuty później jej kończyny lądują na grillu głodnych mieszkańców pustkowia. Gdzieś z dala od kampusu ludojadów mieści się kraina wiecznej szczęśliwości – Comfort, gdzie nikt o zjadaniu bliźnich nie myśli, a dzień kończy się potańcówką w świetle neonów i przy makaronie z pobliskiego foodtracka.

Amirpour nie sili się na opowiadanie skomplikowanej historii. Dzieli się raczej kawałkiem świata, który wymyśliła; otwiera przed widzem notes i mówi patrz: to będzie tak – takie kolory, tutaj zagra Die Antwoord, a tych ubierzemy w koszulki z nadrukiem. Kreśli dwa światy przy pomocy neonowych zakreślaczy. Wszystko to układa się nieśmiało w przecież aktualny obraz podziałów obecnych czy to w Ameryce (której flaga powiewa radośnie nad obciśniętymi w poliester kanibalami) czy w Europie. Brakuje jednak kropki nad postawionym wcześniej „i” – od samych bohaterów więcej mówią teksty piosenek granych w tle i napisy na porzuconych bilboardach. Ciężko pozbyć się wrażenia, że Amirpour wygasza swoich bohaterów aż nadto – brakowało momentów, które pozwalałyby na odbiór „BB” jako czegoś więcej, niż teledysku. Estetycznego i szalonego, lecz ciągle zlepku obrazków z tumblera i playlisty od kumpla, który słucha fajnej muzyki*.

the-bad-batch-1
Jason Momoa

Jest jednak coś, co sprawia, że historię błąkających się po uprażonej ziemi ogląda się z leniwą (i jednak) przyjemnością. Dystopijną krainę Amirpour tworzy po swojemu – wielki zły jest tutaj wytatuowanym ludojadem w raybanach i ze szkicownikiem pod pachą, oaza wygląda jak teren Openera lub innej Koaczeli, a prezes całego dobytku (który przecież zawsze okazuje się psycholem z własną wizją na rekolonizację świata) to moczący się w basenie filozof o aparycji Giorgio Morodera.

Wszystko to jednak na nic, bo przecież ciągle pamiętamy doskonałego Mad Maxa, przed którym Bad Batch mógłby być grany jako support (pozostając w festiwalowym klimacie), a przytoczone wyżej przykłady świadczą tak o kreatywnym podejściu do tematu, jak i problemie z nieumiejętnością wyjścia poza jego ramy.

Koniec końców zostałem z wielkimi oczekiwaniami i średnim gelato na kolorowym patyku.

*

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s